Czwarty dzień Kapituły Prowincjalnej upłynął pod znakiem refleksji nad głębią bonifraterskiego powołania, którą w swojej homilii przybliżył zebranym brat Hubert Matusiewicz OH. Wskazał, że każda dłoń wyciągnięta do chorego staje się „Bożym palcem”, który nie tylko leczy ciało, ale przede wszystkim uobecnia Królestwo Niebieskie. To duchowe przesłanie stało się bezpośrednim przygotowaniem braci do kluczowego momentu obrad, jakim jest wybór nowego Przełożonego Prowincjalnego.
Poniżej publikujemy pełną treść wygłoszonej homilii.
Dzisiejsza liturgia Słowa przypomina nam tę prawdę, która być może często umyka z pola naszej uwagi, że zło nie ma ostatecznego słowa na tym świecie, że zło nie zwycięża. Zło było, jest i będzie w różnej formie zresztą. Tak jak dziś choćby w czytaniach słyszymy, jako zło fizyczne, choroba, cierpienie, niepełnosprawność, ale także jako zło duchowe, bezbożność, nieszczerość, obłuda, oskarżenie.
W tym wszystkim, co Słowo Boże od dnia dzisiejszego określi, jak gdyby ciemny i ponury nawet scenariusz, w tym wszystkim dostrzegamy to, że Pan Bóg nieustannie działa. Działa, tak jak powiedział to prorok Jeremiasz, ten najbardziej tragiczny z proroków, który się sam skarżył, że przechodzi mu głosić miecz i zgubę, ale jednak dzisiaj mówi w imieniu Boga: dałem wam przykazanie. Bóg działa bowiem nieustannie, także wśród tego, co człowieka przeraża swoim słowem.
Działa także czynem, bo Ewangelia dzisiejsza opowiada nam o tym, jak Jezus wyrzucał złego ducha z człowieka, który był niemy. Jest zatem w tym, co i nas otacza, co i nas dotyka, co nas także czeka, i dzisiaj i w przyszłości, jest słowa Boża moc, która jednak czeka na pewne dostrzeżenie. I tak jak słyszymy, w dzisiejszym pierwszym czytaniu czeka także na odpowiedź ze strony człowieka.
Gdy święty Łukasz opowiada o uzdrowieniu człowieka niemego, zupełnie słusznie zdajemy sobie z tego sprawę, jak to opowiadanie jest blisko tego, co stanowi konkret naszego codziennego życia. Odwołuje się przecież bezpośrednio do naszego charyzmatu, do tego, co nas zebrało, co kiedyś Pan Bóg w nasze serca wlał i dał nam natchnienie do tego, żeby za tym, co nam przekazał, pójść, pójść przez całe życie, konsekwentnie, codziennie, ufnie.
I dlatego pewnie też tak często mamy okazję do tego, żeby słyszeć od innych, nie tylko na jakichś spotkaniach międzyzakonnych, ale także i przy innych okazjach: macie piękny charyzmat, niezwykle czytelny, bardzo wyraźny, jednoznaczny. Takie zdanie padło także tutaj wczoraj. Macie piękny charyzmat, a Jezus wyjaśnia, na czym polega owo piękno, także w dzisiejszej Ewangelii, kiedy mówi, odpowiadając swoim adwersarzom: jeśli ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to przyszło już do was Królestwo Niebieskie.
Otóż to jest właśnie to piękno, które kryje się także w naszym charyzmacie, bardzo wyraźnie, jednoznacznie, rzec można i w tym nie będzie na pewno przesady, choć pewnego rodzaju poglądowe spojrzenie. Ile razy dotykamy jako Bonifratrzy potrzeb drugiego człowieka, ile razy niesiemy mu pomoc, ile razy okazujemy mu wsparcie, tyle razy przy naszej dłoni jest ów Boży palec, który niesie uzdrowienie. To jest właśnie to piękne powołanie, które inni podziwiają, a my cieszymy się, że możemy je w naszym życiu spełniać, realizować i także ukazywać innym, zapraszać do naśladowania właśnie owej nieskończonej miłości samego Boga.
Ale gdy wczytamy się dzisiejszą Ewangelię, dostrzegamy jeszcze głębiej niejako, pełniej, właśnie istotę naszego charyzmatu, bo również Ewangelista Łukasz zaznacza, że gdy zły duch wyszedł z niemego, niemy zaczął mówić. Zaczął mówić, a tłumy były zdumione. Zaczyna ten, komu okazujemy miłość, pomoc, także nam przekazywać coś, czego wcześniej nie spodziewaliśmy się nigdy.
Południowoafrykański film nagrodzony Oscarem w 2016 roku, zatytułowany Tsotsi, co w języku Zulu znaczy po prostu bękart. Opowiada o młodym gangsterze, a Tsotsi to właśnie jego ksywa gangsterska. Wyrastał na ulicy z takimi dziećmi, które albo nie znały nigdy twarzy swoich rodziców, albo po prostu wolały ich nie przypominać sobie. Nie znały nigdy bowiem, co to znaczy uśmiech matki czy ojca, co to znaczy obejmujące ramię rodzica. Nie wiedziały, co to znaczy matczyny pocałunek. I tak też główny bohater tego filmu wyrastał. Wyrósł na człowieka hardego, bezwzględnego, zimnego, bez skrupułów, bezwzględnego. Trudno by mu było policzyć tych ludzi, których pozbawił życia. Dlatego też znalazł uznanie u podobnych sobie i został wybrany na przywódcę szajki złodziejskiej.
Otóż kiedyś tak właśnie postępując, ukradł samochód. Wtedy, gdy kobieta, która nim przyjechała, nie zdążyła jeszcze otworzyć bramy. Ukradł i odjechał. Niedługo potem jednak zorientował się, że na tylnym siedzeniu, na foteliku znajduje się niemowlę. Najpierw przerażony zostawił samochód z niemowlęciem i uciekł. Ale po krótkiej chwili wrócił i zdecydował się, że zabierze to niemowlę. Zaniósł je do swojej speluny w slumsach, gdzie mieszkał z innymi. I tu się zaczął dramat. Nieprzewinięte, głodne dziecko płacze. Próbował je karmić. Oczywiście to, co miał absolutnie się nie dawało na pokarm dla dziecka, bo dziecko potrzebowało pokarmu matki. Tym gorzej poszło z przewinięciem. Odszukał zatem w slumsach kobietę, która niedawno urodziła. I grożąc jej pistoletem, zmusił ją, by piersią nakarmiała to dziecko.
Pasmo trudności i przeciwności. Ale kontakt z tym niemowlęciem, dla tego młodego, tak bezwzględnego człowieka, który zupełnie nie uświadamiał sobie, czym jest jakakolwiek dobroć czy życzliwość, a tym bardziej bezinteresowność stał się czymś, co pozwoliło mu odkryć w jego sercu, w jego życiu, w jego myśleniu, takie pokłady człowieczeństwa, o których wcześniej nie miał pojęcia. Bowiem, tak jak niemy z Ewangelii, tak przekazuje nam także każdy, komu służymy z miłością, swoje swoiste przesłanie.
I to jest jakby ten ów drugi biegun tajemnicy, głębokiej, duchowej tajemnicy naszego charyzmatu. Mówią do nas, choć nie zawsze werbalnie. I ci, których spotykamy na przykład na sali intensywnej terapii, ratowanych z nadzieją, że uda im się przywrócić funkcje życiowe, a kiedy rzeczywiście to się staje, każdy z nas pamięta takie momenty, jak wdzięcznością ci ludzie nie tylko mówią, ale i pragną wyrazić swoją radość, swoje szczęście w sposób najbardziej szczery i piękny. To się zapamiętuje. Mówią do nas nawet osoby niepełnosprawne z głębokim upośledzeniem. Nawet te, które nie potrafią wypowiedzieć ani jednego słowa. I też wielu z nas ma głęboko w pamięci takie wspomnienia, kiedy podchodząc do takiego właśnie człowieka, który nic innego nie potrafi, jak tylko swoją radość, szczęście i oczywiście także udowodnienie na ile potrafi tego, że ufa temu, kto do niego podchodzi, cały drży z radości. Pamiętamy takie uśmiechnięte, często naprawdę okaleczone różnego rodzaju zwyrodnieniami twarzy. Mówił do nas także i człowiek, i też pewno wielu z nas ma takie wspomnienia, którego rysy już kostnieją, sztywnieją, jest w agonii, ale kiedy chwyci się go za rękę, to się nie zapomina tego wzroku, który kieruje w naszą stronę.
Dlatego nasze powołanie, nasz charyzmat jest tak piękny. Jest tak piękny i to jest ów dar od Boga, który także uzdalnia nas do tego, o czym mówi dzisiejsza Ewangelia. O czym Jezus przestrzega, czy przed czym Jezus przestrzega tych, którzy zarzucają Mu niecne postępowanie, czy też posługiwanie się nawet mocą złego ducha.
Każdy nasz kontakt, szczery, prawdziwy, z miłością podejmowany, tworzy i nas. Tworzy nas z tymi, którzy albo to swoje serce oczyszczą z wszystkiego, co nieszczere, i potrafią uwolnić się od jakiejkolwiek zawiści, i potrafią spoglądać na innych z ufnością, z nadzieją, z szacunkiem. Albo też pozwala nam być tymi, o których również mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii. Pozwala nam niejako ów dom swój, nie ten z czterech ścian i dachów, ale ten zbudowany w sercu przez samego Boga, tak umocnić, że stajemy się jak ów gospodarz, dobrze przygotowany do obrony swojego domu. I stąd też ta dzisiejsza Ewangelia, odczytywana w szczególnym dla nas dniu i w szczególnej porze tego dnia, w którym przygotowujemy się do wyborów przełożonego prowincjalnego, jest i dla każdego z nas swoistym drogowskazem. Jest też drogowskazem i pewnego rodzaju przestrogą to, co Jezus mówi na końcu, konkludując dzisiejszą Ewangelię.
Bowiem nie przypominają nam się tylko słowa Chrystusa dopiero co odczytane. Przypomina nam się też wybrany na dzisiaj patron tego dnia, czyli święty Jan Grande. To on w 1574 roku, kiedy poznał bonifratrów, prowadząc własny szpital i innego rodzaju formy pomocy najuboższym, uznał, że najlepszą decyzją będzie połączenie ich z dziełami zakonu. Uznał słowem to, co Jezus nam dzisiaj mówi. Kto nie zbiera ze mną, rozprasza. A zatem niech też i nasza dzisiejsza decyzja, jak też i nasze życie, napełnione również tą treścią ewangeliczną, którą dzisiaj Jezus nam podaje, będzie tym kierunkiem, który do Jezusa nas poprowadzi. Abyśmy z nim zbierali.