Aktualności

9.03 – XXXIV Kapituła Prowincjalna: homilia Ks. Kard. Grzegorza Rysia

W poniedziałek, 9 marca 2026 roku, w Misjonarskim Ośrodku Formacyjnym „Vincentinum” w Krzeszowicach rozpoczęły się obrady XXXIV Kapituły Prowincjalnej Zakonu Szpitalnego Świętego Jana Bożego. To ważne dla losów Polskiej Prowincji wydarzenie zainaugurowała uroczysta Msza Święta, której przewodniczył ks. kardynał Grzegorz Ryś.

Zachęcamy do zapoznania się z treścią homilii:

Piękne jest to słowo, które w którym Kościół czyta wasz charyzmat. To jest słowo na uroczystość Jana Bożego. Więc to jest słowo, które was jakoś opisuje. Warto pamiętać, że ono też opisuje tak naprawdę cały Kościół. Kiedy papież Paweł VI zamykał Sobór Watykański II, powiedział, że stara przypowieść o Samarytaninie jest paradygmatem relacji Kościoła do świata. Jak my chcemy zrozumieć takie fundamentalne odniesienie, które jest głębsze jeszcze niż dogmaty, chcemy zrozumieć fundamentalne odniesienie nas, chrześcijan, do świata, to mamy czytać tę przypowieść.

Przypowieść Jezus opowiedział w związku z pytaniem, kto jest moim bliźnim. Zwykle myślimy, nawet mówimy, że Pan Jezus uciekł od tego pytania, a właściwie, że je w tej przypowieści zmienił. I z pytania, o to, kto jest moim bliźnim, przeszedł do pytania, kiedy ja jestem bliźnim dla drugiego. To, że Pan Jezus postawił to drugie pytanie, prawda, ale to, że uciekł od pierwszego pytania, to nieprawda. Odpowiedź na to pytanie jest. I ono jest w tekście greckim w pierwszym słowie przypowieści, a w tekście naszego tłumaczenia w drugim. Bo nasze tłumaczenie mówi: pewien człowiek schodził z Jerozolimy. Natomiast grecki tekst przypowieści zaczyna się po prostu od słowa: antropos, człowiek. Nic więcej o nim nie wiemy. Nic więcej nie jest powiedziane. Oczywiście, jeśli przypowieść mówi, że schodził z Jerozolimy, to ktoś bardzo będzie chciał, to może się domyślić. To może był w świątyni. Jak był w świątyni, to może jest Żydem. Ale żadnej takiej pewności nie ma. Jest słowo antropos, człowiek. Kto jest twoim bliźnim? Człowiek. Oczywiście w szczególności ten, który potrzebuje pomocy. Ale każdy człowiek jest Twoim bliźnim. Więc Jezus, jak odpowiada na pytanie o to, kto jest bliźnim, używa kategorii powszechnej. Mówi: każdy, wszyscy.

I to jest odpowiedź istotna w kontekście tego, o co pytał uczony w piśmie. Bo on wyraźnie pytał o granice miłości. Znaczy, o jakiś limit. Ograniczenie wyraźnie tej przestrzeni, gdzie funkcjonują moi bliźni. Więc jakie by to miały być granice? Może naród? A może własna religia? A może kondycja moralna? W jakich granicach pomagać? Jezus mówi: nie ma takich granic. Nie ma takiej granicy. To jest człowiek. Zaprasza nas Jezus, mówiąc o miłości bliźniego, do miłości powszechnej.

Z tym bardzo pięknie koresponduje czytanie pierwsze, które jest wzięte z Trito Izajasza. (…) Do Żydów, którzy wrócili z Babilonu. Przyszli z wielką nadzieją na odbudowanie swojego świata, zburzonego siedemdziesiąt lat wcześniej. I całe Trito Izajasz mówi do tych Żydów, że ich nadzieja musi być znacznie szersza niż tylko ta, która dotyczy ich samych. Jeśli chcą odbudować swoje miasto, świątynię, naród, wierność ludu bożego. Jeśli chcą to wszystko odbudować, to muszą mieć nadzieję otwartą na wszystkich. Jeśli się nie otworzą w nadziei w sposób powszechny, to niczego też nie odbudują w swoim własnym małym gronie. I to jest absolutnie przepiękne, bo jak ludzie wracają pobici, po niewoli, po siedemdziesięciu latach, to mogą mieć wszystkie racje ku temu – zadbamy tylko o siebie. Wszyscy dookoła są wrogami, to już wiemy na pewno, niszczyli nas, pobili nas, zburzyli nam wszystko, co święte. Jest tysiąc usprawiedliwień co do tego: zajmijmy się sobą, nie oglądajmy się na zewnątrz, co nas inni obchodzą. Oni są tylko wrogami, zawsze tacy byli. Ale oni słyszą od Boga, przez tego Trito Izajasza: szeroko, serce szeroko, na każdego. Jak nie będziecie otwarci ze swoją miłością na innych, to nie odbudujecie niczego w swoim własnym gronie. To jest to, co mówił papież Franciszek w ostatnich latach swego życia, kiedy mówił: „todos, todos, todos” (wszyscy, wszyscy, wszyscy, przyp. red.). Albo wtedy, kiedy mówił, to są bardzo piękne terminy, którymi przede wszystkim zapełnił dokument zaczynający się od słów: Fratelli tutti. Fratelli tutti (wszyscy bracia, przyp. red.). Gdzie mówi o powszechnym braterstwie i mówi o miłości społecznej, czyli do wszystkich, do miłości społecznej. I do braterstwa, które jest powszechne. Papież mówi, że jesteśmy wszyscy wezwani do tworzenia świata, który jest braterski. Możecie powiedzieć: naiwność.

Druga lekcja jest uderzająca: nie dziwcie się, jeśli świat was nienawiści. Papież mówi: „todos, todos, todos”, wyjdziesz i dostaniesz po nosie. Wyciągniesz rękę i cię ktoś opluje. Naiwność. Nieraz o tym myślałem, jak czytałem ostatnie przemówienie Pawła VI na Soborze. Mówi: Kościół musi być jak Miłosierny Samarytanin. A jednocześnie – i taki musi być w odniesieniu do świata. A jednocześnie w tym ostatnim przemówieniu soborowym papież pokazywał, jakie jest ostre napięcie między światem a Kościołem. Straszne napięcie. I papież je opisał takim przeciwieństwem między chrześcijaństwem a tym, co panuje w świecie. Mianowicie, chrześcijaństwo wielbi Boga, który stał się człowiekiem. A świat robi wszystko, żeby człowiekowi przyznać boskie prerogatywy. Świat jest światem takiego bałwochwalstwa względem człowieka. Człowieka chce poznać na pierwszym miejscu, dać mu wszystkie przywileje, jakie ma Bóg. Niech decyduje o życiu, śmierci, wszystkim. Człowiek jest boski. Podejście świata jest właśnie takie, jest kultem człowieka. Aż po uczynienie go bogiem. To jest w świecie.

Chrześcijaństwo jest kultem Boga, który stał się człowiekiem. Nie da się ostrzej pokazać napięcia między Kościołem a światem. I papież Paweł VI, to był jeden z niesłychanych mędrców teologów, też praktycznym był człowiekiem, był lata arcybiskupem w Mediolanie, tam, gdzie jest kwestia robotnicza. Papież to wszystko widział, nie był naiwniakiem, a jednocześnie mając takie doświadczenie świata, mówił: paradygmat, coś, co wyprzedza wszystko, to jest przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie. Nie wolno inaczej. Nie dziwcie się, że świat was nienawidzi. I potem cały tekst o miłości. Kochaj, kochaj, kochaj. To znaczy Jan, Paweł VI, Jezus, wszyscy mówią nam, argumentów do tego, żeby kochać wszystkich, nie znajdziesz w świecie. W świecie znajdziesz wszystkie kontrargumenty. Świat cię nienawidzi. Doznasz tego. W świecie znajdziesz tylko argumenty przeciw takiej postawie. Ale argumentem powinna być twoja własna wiara.

Kiedy papież Franciszek mówił „todos, todos, todos”, też nie był naiwniakiem. Tylko mówił, nasza wiara powinna nas otwierać na powszechne braterstwo. Nasza wiara powinna nas otwierać na miłość społeczną. Bóg cię powinien do tego popchnąć. Twój Bóg, którego znasz, kochasz i czcisz. Ten Bóg cię powinien do tego poruszyć, w tę stronę. Zobaczcie, że ta przypowieść pokazuje, że nie zawsze się tak dzieje. Nie zawsze się tak dzieje. Są ludzie, którzy w tym kierunku są nieporuszeni. Pierwszy to jest kapłan. A drugi to jest Lewita. Pamiętam jak świętej pamięci ojciec Jankowski rozwiewał takie wątpliwości, bo cała fura biblistów mówi: może idą do świątyni. A jak idą do świątyni, to prawo mojżeszowe kapłanowi lewicie zabraniało dotknąć trupa, bo to go czyniło nieczystym. Jak się dotknie, to się do niczego w tej świątyni już nie będzie nadawał.

Nasz przekład też tej historii nie rozwiązuje. Bardzo tu pięknie piszą: przechodził tą drogą pewien kapłan. Przechodził tą drogą. Do góry, czy na dół? Jak się czyta polski tekst, to się nie wie. Ale jak się czyta grecki tekst, tam jest wyraźnie: schodził. Schodził. Jeden i drugi schodził. Czyli właśnie byli w świątyni. Kapłan pewnie odprawiał obrzędy. Lewita mu pomagał. I ojciec Jankowski tak pięknie pisze: jeszcze mu szaty pachną kadzidłem. Jednemu i drugiemu, jeszcze mu pachną kadzidłem. Może sobie sprowadził z Jerozolimy, skorzystał z pomocy bonifratrów (śmiech, przyp. red.). No i idzie taki pachnący tą liturgią, którą właśnie odprawiał. Ale pięknie. Na pewno bardzo ładnie śpiewał. Podgrywał sobie. Ślicznie było. Ślicznie. I minął. Nic z nim ta liturgia nie zrobiła. Lewita jest gorszy. Bo tam jest – nie, że minął. To nasz tłumacz tak chciał, żeby refren był. Ale w tekście jest, że „przeszedł na drugą stronę”. Często tak robimy. Widzisz tam siedzi pod ścianą. Najlepiej iść drugą stroną wtedy ulicy. A tu auta jeżdżą. Nie da się przejść. Nie ma jak pomóc.

Mamy dwóch ludzi, których wiara powinna popychać do miłości. Kult, który nie tylko, że w nim uczestniczą, ale mu przewodniczą. Powinien ich popychać do miłości. I nic z nimi nie robi. Są głusi na Słowo Boże. Ile jest w Starym Testamencie tekstów? Pewnie, że są dziesiątki, kiedy Bóg mówi: mam w nosie tę waszą liturgię. To jest napięcie między tym, jak się modlą, a potem, co robią. A Bóg mówi: chce się tym wymiotować. Ilu macie proroków – wszyscy to mówią. Jeremiasz, Izajasz, Amos. Krzyczą na ten temat. Ozeasz. Co mi z tych waszych ofiar? Co mi z tych waszych wszystkich obrzędów świętych? Kto was tu w ogóle prosił, żebyście mi deptali dziedzińce? Idźcie sobie do domu, jak macie potem w taki sposób postępować. Tego jest pełno. Całe stare przymierze. Pełno. Do tego ich powinno uruchamiać: nie możesz przejść obok tego człowieka. Poszli. To jest dramat.

No i mamy Samarytanina. O nim na pewno wiadomo, że nawet jak schodzi na dół, to na pewno nie był w świątyni. Nie, nie był w świątyni. Ale też, co robi? Wylewa na rany tego pobitego oliwę i wino. Czyli takie płyny, których używano w świątyni do składania ofiar. Ofiary składane w świątyni polewano oliwą i winem. Więc Jezus wyraźnie pokazuje, że ten człowiek właśnie spełnia prawdziwy kult. I że znalazł niezwykły ołtarz i niezwykłą ofiarę. To jest ten pobity człowiek. I on spełnia funkcję kapłańską Nie tylko, że go bandażuje, nie tylko, że potem zawiezie go do gospody. To jest wszystko ważne, ale ten detal, wino i oliwa są po to, żeby pokazać: tu się właśnie dzieje prawdziwy kult. W tym spotkaniu. Tak, oczywiście właśnie to, co ten człowiek robi jest wypełnieniem przykazania miłości. Bo to przykazanie miłości mówiło wyraźnie: z całej duszy, ze wszystkich sił. Całym sercem. Jeszcze Jezus dodał od siebie: całym umysłem. To, jak ten się angażuje, widać właśnie, że nie połowicznie, nie tylko do jakiegoś etapu, tylko ponad miarę, na całego. Taki właśnie jest. To jest też niesłychanie ważna lekcja. Jak my się spotykamy właśnie w postawie Samarytanina i z drugim człowiekiem, to nie wystarczy jakaś z naszej strony reakcja, nie szczątkowa, do jakiegoś momentu tylko to, co trzeba tam, minimalnie zrobię. To nie wystarczy. Tu macie również do medytacji ten tekst Izajasza, absolutnie przepiękny: Jeśli podasz chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną – mam w swojej Biblii na marginesie napisane: czym? Czym możesz nakarmić duszę przygnębionego? Byłoby lepiej przetłumaczyć w ten sposób. Jest przygnębiony człowiek.

Czym można nakarmić jego duszę? Bułką z szynką się nie da. Duszy nie nakarmisz w ten sposób. Ponieważ mnie ten tekst uderzył, to ja też sobie sięgnąłem do Izajasza, i on tak naprawdę on ma różne lekcje, ale jest też taka lekcja: jeśli podasz głodnemu chleb swojej duszy, jeśli podasz głodnemu chleb swojej duszy i nasycisz duszę przygnębioną. Jeśli masz do czynienia z kimś, kto jest przygnębiony na duszy, to musisz mu podać taki chleb, którym jest twoja dusza. Nie wystarczy, że mu dasz coś fizycznego, zewnętrznego, cokolwiek, najlepiej 10 złotych. To nie zadziała. Jeśli chcesz pomóc duszy przygnębionej, to musisz podać chleb duszy, a nie sam tylko chleb fizyczny. To to jest postawa Samarytanina, który idzie na całość. Nie daje czegoś tam pozornego, pozornej pomocy. Idzie na całość. Jakbyśmy mieli wątpliwości, czemu mielibyśmy w taki sposób żyć i postępować, to odpowiedź jest tylko jedna: kościół starożytny, jak czytał tę przypowieść, to zawsze ją czytał w takim kluczu: jest tylko jeden Miłosierny Samarytanin. I to jest Jezus Chrystus.

Jezus opowiedział tę przypowieść, miał prawo ją opowiedzieć, bo On jest taki. On w ten sposób postępuje. On jest dla wszystkich – todos, todos, todos. On jest dla wszystkich na całego. On nie stawia żadnych granic, które by wynikały z narodowości, z przynależności, z wyznania wiary, z kondycji moralnej. Jezus nie stawia żadnych takich granic. On po prostu taki jest. I ta przypowieść tak naprawdę nigdy nie mówi: zobacz się w Miłosiernym Samarytaninie, tylko ta przypowieść mówi: zobacz się w tym pobitym. Jak czytam, to ja muszę siebie widzieć w tym pobitym. Ja jestem w tym pobitym. Napadli mnie, pobili mnie, okradli mnie, obdarli. Jestem goły, ledwie żywy. Ktoś się nie widzi w tym obrazie? To wtedy dopiero jest biedota, jak się nie widzi w tym obrazie. Jestem taki i ten się przy mnie zatrzymał. I zrobił wszystko, żebym z tego stanu został wyprowadzony. A teraz mi mówi: rób tak jak ja. Nie macie jakiego argumentu przeciw? To powiedzcie, ale myślę, że nie macie.